Byliśmy wczoraj na szczepieniu. Wynik moczu były ok, więc nie było problemu. Pani doktor go zbadała, potem chwilę porozmawialiśmy i poszliśmy do pielęgniarki, by nas zaszczepiła.
A Miki? Byłam w szoku, bo nawet nie pisnął. Grzecznie siedział u Tatusia na kolanach, a zaraz potem głośno się śmiał. I tak całą drogę do domu :)
Jestem dumna z mojego dzielnego chłopaka :)
sobota, 23 czerwca 2012
czwartek, 21 czerwca 2012
Wodnika-Szuwarka ciąg dalszy i o polowaniu
Gorączka minęła, więc Miki bardzo ochoczo zażywa basenowych kąpieli n ogrodzie Ale powoli zmienia obiekt zainteresowania. Na większy. Dużo większy.
Otóż Szwagier kupił basen. Taki na (bagatela!) 15 tys. litrów wody. Po złożeniu go i napełnieniu wodą, wczoraj przyszła pora na wypróbowanie. Pierwsi byli starsi bratankowie, z racji faktu, że najwcześniej wrócili do domu. Zadowoleni wchodzą do wody i... PISK! Woda była lodowata. Piskom końca nie było, ale pływali. Co prawda długo raczej nie wytrzymali, ale to dlatego, że nadciągnęła burza. Nie zmienia to faktu, że zdążyli porządnie zmarznąć. A przy okazji Miki też się z nimi pochlapał, siedząc "na brzegu". Pewnie i miał ochotę popluskać się z nimi, ale woda była dla niego zdecydowanie za zimna, a poza tym mnie też nie uśmiechało się wchodzić do takiej lodówki.
Popołudniu, gdy reszta dzieciarni wróciła do domu, kąpieli był ciąg dalszy. Teraz już całą rodziną. Młodsi nie chcieli wyjść z wody nawet w momencie, gdy na całym ogrodzie było słychać szczękami ich zębów. Na szczęście w końcu dali się przekonać.
Nie rozumiem tylko, dlaczego wszyscy mówili im po prostu "nie. Ja kucnęłam przy najmłodszym i mu wytłumaczyłam, że jeśli jeszcze popływa to będzie chory i przez długi czas nie będzie mógł pływać w ogóle. Pomogło.
W poniedziałek byliśmy z Mikołajową gorączką u lekarza. Nic mu ni jest, ale na wszelki wypadek dała nam skierowanie na badanie moczu i kazała pojawić się w środę, to od razu się zaszczepimy. Byłam pewna, że to pikuś, znaczy to badanie. Ale pojawiły się schody. Bo Miki odmówił współpracy. Do tej pory bez problemu robił siku do nocnika, a teraz nagle przestał. Owszem dawał się posadzić, ładnie siedział, ale nie chciał sikać. We wtorek godzinę latał bez pieluchy, żeby szybko zdążyć coś złapać, ale na darmo. Sikał na podłogę i dywan, ale posadzony na nocnik NIC. U lekarza się nie pojawiliśmy. Dopiero dziś udało mi się złapać niewielka ilość. Bałam się, że nie wystarczy, ale na szczęście było na styk, cała próbówka. Więc poszliśmy sobie na spacerek do przychodni, a jutro odwiedzimy panią doktor.
Otóż Szwagier kupił basen. Taki na (bagatela!) 15 tys. litrów wody. Po złożeniu go i napełnieniu wodą, wczoraj przyszła pora na wypróbowanie. Pierwsi byli starsi bratankowie, z racji faktu, że najwcześniej wrócili do domu. Zadowoleni wchodzą do wody i... PISK! Woda była lodowata. Piskom końca nie było, ale pływali. Co prawda długo raczej nie wytrzymali, ale to dlatego, że nadciągnęła burza. Nie zmienia to faktu, że zdążyli porządnie zmarznąć. A przy okazji Miki też się z nimi pochlapał, siedząc "na brzegu". Pewnie i miał ochotę popluskać się z nimi, ale woda była dla niego zdecydowanie za zimna, a poza tym mnie też nie uśmiechało się wchodzić do takiej lodówki.
Popołudniu, gdy reszta dzieciarni wróciła do domu, kąpieli był ciąg dalszy. Teraz już całą rodziną. Młodsi nie chcieli wyjść z wody nawet w momencie, gdy na całym ogrodzie było słychać szczękami ich zębów. Na szczęście w końcu dali się przekonać.
Nie rozumiem tylko, dlaczego wszyscy mówili im po prostu "nie. Ja kucnęłam przy najmłodszym i mu wytłumaczyłam, że jeśli jeszcze popływa to będzie chory i przez długi czas nie będzie mógł pływać w ogóle. Pomogło.
W poniedziałek byliśmy z Mikołajową gorączką u lekarza. Nic mu ni jest, ale na wszelki wypadek dała nam skierowanie na badanie moczu i kazała pojawić się w środę, to od razu się zaszczepimy. Byłam pewna, że to pikuś, znaczy to badanie. Ale pojawiły się schody. Bo Miki odmówił współpracy. Do tej pory bez problemu robił siku do nocnika, a teraz nagle przestał. Owszem dawał się posadzić, ładnie siedział, ale nie chciał sikać. We wtorek godzinę latał bez pieluchy, żeby szybko zdążyć coś złapać, ale na darmo. Sikał na podłogę i dywan, ale posadzony na nocnik NIC. U lekarza się nie pojawiliśmy. Dopiero dziś udało mi się złapać niewielka ilość. Bałam się, że nie wystarczy, ale na szczęście było na styk, cała próbówka. Więc poszliśmy sobie na spacerek do przychodni, a jutro odwiedzimy panią doktor.
środa, 20 czerwca 2012
Dobre i złe strony
Pod jednym z ostatnich postów pojawiły się komentarze, zazdroszczące mi mieszkania w domu jednorodzinnym.
Przyznam, że sama sobie zazdroszczę. Czasami. A czasami nie...
Przez ponad dwadzieścia lat mieszkałam w bloku. W maleńkim mieszkaniu było nas czworo: ja, siostra i rodzice. Jasne, było ciasno, ale czy było mi źle? Nie.
Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Nie ma rzeczy, która byłaby w 100% idealna. Zawsze znajdzie jakieś "ale". Nawet jeśli myślimy, że coś wprost stworzone dla nas i na pewno będziemy z tego zadowoleni.
Po jakimś czasie okazuje się, że wszystko dobrze, ale... No właśnie, to "ale". Zawsze jest.
Nigdy nie zastanawiałam się, jakie są minusy mieszkania w domu. Teraz wiem. Owszem, mam ogródek z basenem, ale teraz trzeba kosić trawę, dbać o rabatki, przycinać drzewa... Owszem mam dużą kuchnię, ale i wiele więcej do sprzątania...
Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, w maleńkim mieszkaniu i pokoju dzielonym z siostrą, było mi ciasno. Teraz widzę plusy. Nie mijaliśmy, a dużo czasu spędzaliśmy razem, nauczyłam się organizować przestrzeń, żeby wszystko się pomieściło... I zawsze miałam towarzystwo. Czasami brakowało jednak samotności...
Czasem ciężko jest podjąć jakąś decyzję. Szczególnie ważną. Są osoby, które robią to poprzez spisanie wszystkich za i przeciw na jednej kartce. Czy to jest dobre? Tak. Nie. Oba. Bo nie zawsze od razu wiadomo, jakie są plusy i minusy. Czasem trzeba po prostu zdać się na intuicję, głos serca... A innym razem zrobić z minusów plusy. Jak? Przecież przy koszeniu trawy i grzebaniu w ogródku można się opalić :)
wtorek, 19 czerwca 2012
Rozpalony Wodnik-Szuwarek i polska publiczna, ale płatna służba zdrowia
Ile razy będę zaczynać pisanie, żeby po 5 sekundach przerwać klikając "zapisz",a potem do tego wracać i zastanawiać się, czy w sumie to naprawdę takie ciekawe?
W każdym razie tak to ostatnio wygląda. Jak tylko siądę do pisania, zaraz ktoś coś chce, najczęściej Miko się budzi. Teraz też miałam mieć chwilę dla siebie. I miałam, ale taką dosłowną. A planowałam napisać coś na zapas, właśnie w razie braku możliwości w przyszłości. I już Synuś i Mężuś są obok, więc będzie tylko jeden.
W sobotę od rana Duży M. razem z Teściem pozbywali się orzecha włoskiego z ogrodu. Ale się nagle miejsca zrobiło :) Zaraz potem stanął tam basen dla Mikiego. Albo raczej basenik, bo na pewno nie ma 1.70 m jak to pisało na opakowaniu. Ale ważne, że Mały się mieści, nawet razem z Mamusią :) Wypróbowaliśmy jeszcze tego samego dnia i pomimo początkowego strachu, basen spotkał się z dużym entuzjazmem. Tak dużym, że siedzieliśmy w nim jakąś godzinę i 40 minut.
Niestety w niedzielę musieliśmy zrobić przerwę, bo Mikiego dopadła gorączka. Tak nagle, bez niczego. I w dodatku samotna, bo bez kaszlu czy kataru. całą noc, potem niedziela i znowu noc. A w poniedziałek już po. Ale do lekarza jednak się wybraliśmy. Na szczęście Małemu nic nie jest, a gorączka prawdopodobnie od ząbkowania, bo idą obie dolne trójki i brakująca prawa dolna dwójka. Jak z górą nie wiem, bo tam ciężko podpatrzeć.
Kupki na szczęście też już normalne, więc można odetchnąć.
W poniedziałek byłam w szpitalnej przychodni, żeby w końcu umówić się na zabieg. Muszę wyciąć migdały. Termin dopiero na 9 sierpnia. Gdybym wiedziała, już dawno powiedziałabym mojej lekarce, żeby dała skierowanie, nie czekałabym na odstawienie Małego od cycusia. Ale mam czas się zaszczepić. WZW B. Konieczne przed jakimikolwiek zabiegami i operacjami. łącznie trzy dawki, pierwsza za mną. Na pocieszenie sama muszę je sobie kupić, tylko 65 złotych od jednej dawki...
I choruj tu człowieku, skoro polska kasa chorych sama jest chora...
W każdym razie tak to ostatnio wygląda. Jak tylko siądę do pisania, zaraz ktoś coś chce, najczęściej Miko się budzi. Teraz też miałam mieć chwilę dla siebie. I miałam, ale taką dosłowną. A planowałam napisać coś na zapas, właśnie w razie braku możliwości w przyszłości. I już Synuś i Mężuś są obok, więc będzie tylko jeden.
W sobotę od rana Duży M. razem z Teściem pozbywali się orzecha włoskiego z ogrodu. Ale się nagle miejsca zrobiło :) Zaraz potem stanął tam basen dla Mikiego. Albo raczej basenik, bo na pewno nie ma 1.70 m jak to pisało na opakowaniu. Ale ważne, że Mały się mieści, nawet razem z Mamusią :) Wypróbowaliśmy jeszcze tego samego dnia i pomimo początkowego strachu, basen spotkał się z dużym entuzjazmem. Tak dużym, że siedzieliśmy w nim jakąś godzinę i 40 minut.
Niestety w niedzielę musieliśmy zrobić przerwę, bo Mikiego dopadła gorączka. Tak nagle, bez niczego. I w dodatku samotna, bo bez kaszlu czy kataru. całą noc, potem niedziela i znowu noc. A w poniedziałek już po. Ale do lekarza jednak się wybraliśmy. Na szczęście Małemu nic nie jest, a gorączka prawdopodobnie od ząbkowania, bo idą obie dolne trójki i brakująca prawa dolna dwójka. Jak z górą nie wiem, bo tam ciężko podpatrzeć.
Kupki na szczęście też już normalne, więc można odetchnąć.
W poniedziałek byłam w szpitalnej przychodni, żeby w końcu umówić się na zabieg. Muszę wyciąć migdały. Termin dopiero na 9 sierpnia. Gdybym wiedziała, już dawno powiedziałabym mojej lekarce, żeby dała skierowanie, nie czekałabym na odstawienie Małego od cycusia. Ale mam czas się zaszczepić. WZW B. Konieczne przed jakimikolwiek zabiegami i operacjami. łącznie trzy dawki, pierwsza za mną. Na pocieszenie sama muszę je sobie kupić, tylko 65 złotych od jednej dawki...
I choruj tu człowieku, skoro polska kasa chorych sama jest chora...
piątek, 15 czerwca 2012
Umiem, ale... boje się?
Miki od jakiegoś czasu stawia swoje pierwsze kroki. Nie mówię tu już o chodzeniu za rękę, ale samemu. Jak wspomniałam, trwa to już jakiś czas i... efekty są dość mizerne. Co prawda jeszcze w zeszłym tygodniu chodził tylko od kogoś do kogoś, a teraz już sam się puszcza i idzie. Jednak są to tylko krótkie odcinki, bo za chwilę i tak robi klap na pupę i dalej zasuwa na czterech. I to nie jest tak, że traci równowagę, tylko po prostu nagle staje w miejscu i zaraz siedzi.
Wygląda to trochę tak, jakby się bał sam chodzić. W tym względzie jest bardzo ostrożny, jakby nie chciał ponabijać sobie siniaków. Ale przed guzami na głowie nie ma nic przeciwko...
W każdym razie z utęsknieniem czekam, aż Miko już całkiem zacznie chodzić sam. Bo wtedy gdy wyjdziemy na ogród, ja będę mogła sobie usiąść i patrzeć za nim, a nie prowadzić go i spierać się, w którą stronę teraz.
A jeśli pogoda jutro dopisze, mamy niecny pomysł. Wypróbujemy basen, który Miko dostał na Dzień Dziecka od Dziadków i Cioci. Po dzisiejszej zabawie z deszczówką w wiaderkach, kiedy to miko dwa razy się cały pomoczył podejrzewam, że spędzi z radością w basenie cały dzień :)
Wygląda to trochę tak, jakby się bał sam chodzić. W tym względzie jest bardzo ostrożny, jakby nie chciał ponabijać sobie siniaków. Ale przed guzami na głowie nie ma nic przeciwko...
W każdym razie z utęsknieniem czekam, aż Miko już całkiem zacznie chodzić sam. Bo wtedy gdy wyjdziemy na ogród, ja będę mogła sobie usiąść i patrzeć za nim, a nie prowadzić go i spierać się, w którą stronę teraz.
A jeśli pogoda jutro dopisze, mamy niecny pomysł. Wypróbujemy basen, który Miko dostał na Dzień Dziecka od Dziadków i Cioci. Po dzisiejszej zabawie z deszczówką w wiaderkach, kiedy to miko dwa razy się cały pomoczył podejrzewam, że spędzi z radością w basenie cały dzień :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


