Tydzień temu zaczęły się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Jednak szał związany z nimi trwa dłużej. W końcu Polska jest organizatorem, więc to raczej nie dziwne.
Nagle wszyscy stali się patriotami. Nie da się wyjść na spacer, żeby nie natknąć się na flagi wywieszone w oknach/na balkonach/pod oknami. No i oczywiście samochody. Zdecydowana większość z nich ma przynajmniej jeden - poza flagą na tablicy rejestracyjnej - symbol narodowy. A już najwięcej jest takich, co mają po dwie flagi przyczepione do szyb i jeszcze lusterka ubrane. Na te drugie mogłaby zwrócić uwagę drogówka, bo część jest założona byle jak i ograniczają widoczność. A potem tłumaczenie: "Ale to dlaczego panie władzo, że przez flagę nie widziałem". Jakby bez tego było mało wypadków...
W każdym razie nagle okazało się, że flagi w sklepach są. Szkoda, że teraz. Bo jak nadejdzie jakieś święto narodowe (1 lub 3 maja, 11 listopada), można uznać, że flaga to towar deficytowy. Wtedy nikt nie czuje się patriotą. A jeśli mamy być z czegoś dumni, to raczej z historii, a nie chwilowego szału.
Ja też się przygotowałam na mistrzostwa. Telewizor wyłączyłam z prądu, a zamiast radia słucham płyt. Nie lubię piłki nożnej. Ogólnie jakoś nie bardzo lubię oglądać sport. Ale jego małe dawki jestem w stanie przetrwać (przez siostrę, bo mnie katowała w domu ciągłymi meczami wszystkiego). Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Wszyscy trąbią, że piłka nożna to sport drużynowy, a jeśli przyjdzie co do czego, wychodzi szydło z worka. Najlepszy przykład był wczoraj. Miałam (nie)szczęście widzieć kawałek meczu Portugalii z Danią i przyznam, że mina C.Ronaldo była zabójcza, gdy Pepe strzelił bramkę. Takiej zazdrości jeszcze nie widziałam :)
Czekam już na koniec. Ewentualnie zadowoli mnie odpadnięcie Polski, bo będzie trochę spokojniej.
A potem znowu Olimpiada. Ale tu nieco lepiej, bo jest różnorodność dyscyplin i w niektórych mamy nawet szanse.
czwartek, 14 czerwca 2012
środa, 13 czerwca 2012
Niby o niczym, a jednak o butach
Wiem, trochę mnie tu nie było.
Musiałam odpocząć od pisania. W którymś momencie zdałam sobie sprawę, że dodanie nowej notki napawa mnie zniechęceniem i wyszukuję powodów, by tego nie zrobić. Pisanie na blogu stało się pewnego rodzaju obowiązkiem i przestało sprawiać przyjemność. Stąd też ten tydzień urlopu.
Ale już jestem i mam nadzieję, że tym razem nie wypalę się znowu tak szybko :)
A co u nas działo się przez ten czas? Niewiele.
Mąż pracuje, ja siedzę w domu z Małym.
Pogoda w kratkę, więc nie zawsze da się wyjść na dwór.
Wczoraj Miko został z Babcią w domu, bo ja musiałam jechać do Urzędu Pracy złożyć parafkę. Niestety o szkoleniu dalej nic nie wiadomo, a zaplanowane jest na III kwartał roku, czyli już niedługo.
W końcu rozwiązała się też sprawa z butami. Najeździłam się niemało, ale udało się. W planach miałam je zwrócić, ale to nie wyszło. Wziął je do sklejenia, ale producent wymienił mu na nowe, a on (łaskawie) zgodził się wymienić mi je na inną parę. Także zamiast pierwotnych sandałów na koturnie, mam teraz płaskie rzymianki.
Swoją drogę dziwna sprawa, bo okazuje się, że całkiem fajne buty zawsze dostają mi się przypadkiem, bo sama w sklepie nigdy bym takich nie kupiła. Kiedyś moja Babcia kupiła sobie baleriny jako buty na zmianę na wesele. Ale miały gumowa podeszwę, więc do tańca się nie nadawały. A że mamy jednakowy rozmiar nogi, dała je mi. Przyznam, że takich był nie kupiła, bo na wystawach mi się nie podobały (chociaż baleriny kocham). Chodzi o to, że były z gumką. Ciężko to wyjaśnić... Górna krawędź buta miała gumkę, żeby lepiej trzymały się nogi. Ale wzięłam z myślą, że będę miała do latania po ogrodzie. Gdy je raz założyłam, tak mogłam chodzić tylko w nich. Prawie płakałam, kiedy mi się nad morzem zniszczyły.
A teraz podobna sprawa z tymi rzymiankami. Intrygowały mnie nie raz, ale nie miałam śmiałości na zakup takich. A wczoraj nie miałam czasu na wybrzydzanie i szybko wynalazłam coś na czym oko można zawiesić i zostały. Wypróbowane już i są całkiem fajne :)
Eh, miało być krótko o tym co u nas, a wyszła notka o butach :)
Tak w ogóle to Miko złapał rotawirusa, a nie był szczepiony. Na szczęście (lub nieszczęście), tylko go czyści.
Ale ścisła dieta jest.
Musiałam odpocząć od pisania. W którymś momencie zdałam sobie sprawę, że dodanie nowej notki napawa mnie zniechęceniem i wyszukuję powodów, by tego nie zrobić. Pisanie na blogu stało się pewnego rodzaju obowiązkiem i przestało sprawiać przyjemność. Stąd też ten tydzień urlopu.
Ale już jestem i mam nadzieję, że tym razem nie wypalę się znowu tak szybko :)
A co u nas działo się przez ten czas? Niewiele.
Mąż pracuje, ja siedzę w domu z Małym.
Pogoda w kratkę, więc nie zawsze da się wyjść na dwór.
Wczoraj Miko został z Babcią w domu, bo ja musiałam jechać do Urzędu Pracy złożyć parafkę. Niestety o szkoleniu dalej nic nie wiadomo, a zaplanowane jest na III kwartał roku, czyli już niedługo.
W końcu rozwiązała się też sprawa z butami. Najeździłam się niemało, ale udało się. W planach miałam je zwrócić, ale to nie wyszło. Wziął je do sklejenia, ale producent wymienił mu na nowe, a on (łaskawie) zgodził się wymienić mi je na inną parę. Także zamiast pierwotnych sandałów na koturnie, mam teraz płaskie rzymianki.
Swoją drogę dziwna sprawa, bo okazuje się, że całkiem fajne buty zawsze dostają mi się przypadkiem, bo sama w sklepie nigdy bym takich nie kupiła. Kiedyś moja Babcia kupiła sobie baleriny jako buty na zmianę na wesele. Ale miały gumowa podeszwę, więc do tańca się nie nadawały. A że mamy jednakowy rozmiar nogi, dała je mi. Przyznam, że takich był nie kupiła, bo na wystawach mi się nie podobały (chociaż baleriny kocham). Chodzi o to, że były z gumką. Ciężko to wyjaśnić... Górna krawędź buta miała gumkę, żeby lepiej trzymały się nogi. Ale wzięłam z myślą, że będę miała do latania po ogrodzie. Gdy je raz założyłam, tak mogłam chodzić tylko w nich. Prawie płakałam, kiedy mi się nad morzem zniszczyły.
A teraz podobna sprawa z tymi rzymiankami. Intrygowały mnie nie raz, ale nie miałam śmiałości na zakup takich. A wczoraj nie miałam czasu na wybrzydzanie i szybko wynalazłam coś na czym oko można zawiesić i zostały. Wypróbowane już i są całkiem fajne :)
Eh, miało być krótko o tym co u nas, a wyszła notka o butach :)
Tak w ogóle to Miko złapał rotawirusa, a nie był szczepiony. Na szczęście (lub nieszczęście), tylko go czyści.
Ale ścisła dieta jest.
wtorek, 12 czerwca 2012
2 lata :*
Dwa lata temu o tej porze... było niemiłosiernie gorąco i pot lał się strumieniami. I już byłam mężatką.
Wspomnienia? Są cały czas bardzo świeże, aż trudno uwierzyć, że minęły już dwa lata.
Tak naprawdę to tamtego dnia rano jeszcze nie do końca wierzyłam, że to dzieje się naprawdę... Dopiero przed ołtarzem to do mnie dotarło :)
Z jednego powodu nasz ślub zostanie zapamiętany na długo. Chociaż o tym wolałabym akurat zapomnieć :) Otóż... pomyliłam słowa przysięgi. Zamiast tradycyjnego "i że Cię nie opuszczę aż do śmierci", powiedziałam "i że Cię nie dopuszczę aż do śmierci".
Oczywiście moje słowa wywołały ogólną wesołość wśród gości i ci składając nam życzenia, ciągle do tego wracali. Ale mają dowód, że jednak Męża dopuściłam. W końcu mamy Mikiego :)
niedziela, 3 czerwca 2012
Truskawki utopione w muffinach
Jakoś tak mnie wczoraj wzięło i upiekłam muffinki. Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie poeksperymentowała. I to nie tylko z owocami, ale całym przepisem.
Podstawowy przepis wygląda tak:
składniki suche:
1 i 3/4 szklanki mąki
pół łyżeczki sody oczyszczonej
dwie płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
3/4 szklanki cukru
składniki mokre:
szklanka mleka
jedno rozbite jajko
60 ml oleju
łyżeczka aromatu waniliowego (ja daję na oko)
W jednej misce mieszamy składniki suche, w drugiej mokre. Potem mieszkamy wszystko razem i napełniamy foremki ciastem do 2/3 wysokości. Pieczemy w 180 stopniach przez 20-30 minut (w zależności od ilości i stopnia zrumienienia).
Jak mówiłam, ja poeksperymentowałam.
Dałam mniej mleka (robiłam z dwóch porcji, więc zamiast 2 szklanek dałam 1 i 3/4) i serek waniliowy (w moim wypadku Danio). Do gotowego ciasta dodałam pokrojone w kostkę truskawki.
Standardowy przepis piekę zazwyczaj 25 min (jeśli wkładam od razu 24 foremki). Z powodu truskawek jednak trzeba je trzymać w piekarniku 30 min.
Podstawowy przepis wygląda tak:
składniki suche:
1 i 3/4 szklanki mąki
pół łyżeczki sody oczyszczonej
dwie płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
3/4 szklanki cukru
składniki mokre:
szklanka mleka
jedno rozbite jajko
60 ml oleju
łyżeczka aromatu waniliowego (ja daję na oko)
W jednej misce mieszamy składniki suche, w drugiej mokre. Potem mieszkamy wszystko razem i napełniamy foremki ciastem do 2/3 wysokości. Pieczemy w 180 stopniach przez 20-30 minut (w zależności od ilości i stopnia zrumienienia).
Jak mówiłam, ja poeksperymentowałam.
Dałam mniej mleka (robiłam z dwóch porcji, więc zamiast 2 szklanek dałam 1 i 3/4) i serek waniliowy (w moim wypadku Danio). Do gotowego ciasta dodałam pokrojone w kostkę truskawki.
Standardowy przepis piekę zazwyczaj 25 min (jeśli wkładam od razu 24 foremki). Z powodu truskawek jednak trzeba je trzymać w piekarniku 30 min.
SMACZNEGO :)
piątek, 1 czerwca 2012
Dzień Dziecka
I Dzień Dziecka już prawie za nami.
Przyznaję, że wyrodni z nas rodzice, bo nic Mikiemu nie kupiliśmy. Ale Mały ma tyle zabawek, że kolejnych nie potrzebuje. Poza tym jeśli coś nam się rzuci w oczy to kupujemy. Nie czekamy na "święto". W poniedziałek upolowaliśmy w LIDLu koszulki z krótkim rękawem, 3-pak za 19.99. Kupiliśmy dwa takie i jeszcze pidżamkę ze Sławkiem i Slavkiem :) czyli można powiedzieć, że w sumie prezent dostał wcześniej :P
Praktycznie dla nas był to dzień jak każdy inny. Podobnie zresztą, jak minął nam Dzień Matki. Mąż raczej nie przejmuje się takimi świętami, Miko za mały, wiec przeszło bez echa. Teściowa dostała od nas korale przywiezione znad morza, a moja mama kwiaty. Na dodatek moi rodzice zabrali wtedy Mikiego na całodniową wycieczkę, bo my mieliśmy robotę przy tortach.
Ale wiem, że kolejne takie święta już nie będą przechodzić niezauważane. Miko będzie coraz starszy i chociaż jakiś drobiazg będzie mu się kupowało a i laurkę będzie umiał zrobić.
Jednak Miki nie jest całkowicie poszkodowany, bo dziadkowie stanęli na wysokości zadania. I tak od Teściów dostał komplecik, koszulka i spodenki, a od moich rodziców i siostry, którzy nas odwiedzili, dostał... basen. Teraz razem z Mężem musimy znaleźć na niego miejsce w ogrodzie, a to nie lada wyzwanie. Już ledwo udało nam się wczoraj zaplanować piaskownicę, a tu teraz jeszcze basen. Tylko 1.7m długości... Na szczęście mamy jeszcze trochę czasu do momentu rozłożenia go.
Popołudnie minęło nam w wesołej atmosferze. Miki szalał z Dziadkiem, a ja z Mamą i Siostrą napiłyśmy się białego wina. Na dodatek weselnego. Z naszego wesela. A tu lada dzień będzie już dwa lata... Ale ten czas leci...
Przyznaję, że wyrodni z nas rodzice, bo nic Mikiemu nie kupiliśmy. Ale Mały ma tyle zabawek, że kolejnych nie potrzebuje. Poza tym jeśli coś nam się rzuci w oczy to kupujemy. Nie czekamy na "święto". W poniedziałek upolowaliśmy w LIDLu koszulki z krótkim rękawem, 3-pak za 19.99. Kupiliśmy dwa takie i jeszcze pidżamkę ze Sławkiem i Slavkiem :) czyli można powiedzieć, że w sumie prezent dostał wcześniej :P
Praktycznie dla nas był to dzień jak każdy inny. Podobnie zresztą, jak minął nam Dzień Matki. Mąż raczej nie przejmuje się takimi świętami, Miko za mały, wiec przeszło bez echa. Teściowa dostała od nas korale przywiezione znad morza, a moja mama kwiaty. Na dodatek moi rodzice zabrali wtedy Mikiego na całodniową wycieczkę, bo my mieliśmy robotę przy tortach.
Ale wiem, że kolejne takie święta już nie będą przechodzić niezauważane. Miko będzie coraz starszy i chociaż jakiś drobiazg będzie mu się kupowało a i laurkę będzie umiał zrobić.
Jednak Miki nie jest całkowicie poszkodowany, bo dziadkowie stanęli na wysokości zadania. I tak od Teściów dostał komplecik, koszulka i spodenki, a od moich rodziców i siostry, którzy nas odwiedzili, dostał... basen. Teraz razem z Mężem musimy znaleźć na niego miejsce w ogrodzie, a to nie lada wyzwanie. Już ledwo udało nam się wczoraj zaplanować piaskownicę, a tu teraz jeszcze basen. Tylko 1.7m długości... Na szczęście mamy jeszcze trochę czasu do momentu rozłożenia go.
Popołudnie minęło nam w wesołej atmosferze. Miki szalał z Dziadkiem, a ja z Mamą i Siostrą napiłyśmy się białego wina. Na dodatek weselnego. Z naszego wesela. A tu lada dzień będzie już dwa lata... Ale ten czas leci...
Subskrybuj:
Posty (Atom)














