Miki lubi oglądać bajki.
Chyba jak każde dziecko.
Na szczęście teraz już ogląda ich mniej niż jakiś czas temu.
Zmieniły się i upodobania Mikowe co do bajek.
Kiedyś mógł non-stop oglądać "Fineasza i Ferba". Na szczęście mu przeszło.
Teraz głównie chce bajkę o ciu-ciu ("Tomek i przyjaciele") lub au-au ("Reksio").
Bardzo często niestety jest ta, ze poi włączeniu jednej zmienia zdanie i chcę drugą. Wtedy Mamusia traci cierpliwość i włącza "Bolka i Lolka".
Czasem oglądając na youtube'ie, sam sobie bajkę wybiera, więc widzieliśmy już: "Chuck i przyjaciele", "Stacyjkowo", "Finley", "Świat małego Ludwiczka", "Wilk i zając", "Czerwony traktor" itp.
Wieczorami na TVS chętnie ogląda też "Zaczarowany ołówek", albo na PULSie "Pingwiny z Madagaskaru", "Pixie i Dixie".
Nie, nie oglądamy bajek cały dzień. Kiedyś było do tego blisko, ale teraz Mikoś sam nieraz wybiera zabawę. Nie muszę go na siłę odciągać od TV lub komputera, choć i takie chwilę się zdarzają.
Podejrzewam, że wiosną i latem będzie oglądał jeszcze mnie, bo więcej czasu spędzać będziemy na ogrodzie.
I od razu odpowiadając na (jeszcze) niezadane pytania.
Nie widzę nic złego, że Miki ogląda bajki. A przynajmniej dopóki nie robi tego cały dzień.
środa, 13 lutego 2013
poniedziałek, 11 lutego 2013
Olbrzym i pchełki, czyli coś o Mikim i nowej grze
Ostatnio ciągle było o mnie, więc tym razem coś o Mikim :)
Chociaż cały czas siedzę z nim w domu, czasami łapię się na tym, że zastanawiam, kiedy ten czas tak zleciał. Kiedy Miki tak urósł? Kiedy nauczył się tego, bądź tamtego?
Jeszcze zanim się urodził, kupiliśmy w Biedronce naklejki na ścinę. Była tam też miarka. Miki lubi zwracać na nią uwagę, bo jest kolorowa i wypukła, a na niej są małpki. Do tej pory służyła nam jednak bardziej jako element dekoracyjny, niż faktyczna miarka.
Ale dziś w czasie zabawy Miki prosto stanął przy miarce i mogliśmy się zmierzyć. Już nie na oko i na szybko, tylko dokładnie. Nóżki płasko na podłodze pod ścianą, plecki wyprostowane. I co nam pokazało?
91 cm!!!
Potem szybki rzut oka na siatkę centylową w książeczce zdrowia i... jesteśmy w górnej granicy wzrostu dla chłopca w 21 miesiącu.
A ponieważ nigdy nie rozumiałam istoty tych siatek, nie wiem, co to oznacza :) ani czy to dobrze :)
Ale fakt faktem, że rośnie nasz Synuś jak na drożdżach :) i na pewno mając trzy latka nie zmieści się w swoją bluzę, która jest przeznaczona n ten okres. Bo na metce jest rozmiar 98 cm - 3 year. A Miki biega w niej radośnie teraz :)
Jak byłam mała, razem z siostrą miałyśmy z siostrą taką zabawkę/grę "pchełki". Chodziło w niej o to, by trafić do pojemniczka małymi plastikowymi guziczkami, naciskając na nie większymi. Fajna zabawa, tym bardziej, że miałyśmy dwa poziomy trudności: dużo kubeczek i mniejszy spodeczek.
W każdym razie dziś Miki też odkrywał frajdę płynącą z pchełek. Ale w wydaniu... guzikowym.
Znalazł u Babci w pokoju guziki i zaczął się nimi bawić. Potem Babcia pokazała mu, jak guziczki "skaczą", gdy się je naciśnie. I zajęcie gotowe :)
Przynajmniej się zajął. Bo ja jeszcze nie doszłam do siebie, więc nie mam siły z nim szaleć i biegać. Także teraz poszedł z Babcią gotować obiad, a ja mogę odpocząć i nabrać sił. A potem znowu może poskaczemy guziczkami ;)
Chociaż cały czas siedzę z nim w domu, czasami łapię się na tym, że zastanawiam, kiedy ten czas tak zleciał. Kiedy Miki tak urósł? Kiedy nauczył się tego, bądź tamtego?
Jeszcze zanim się urodził, kupiliśmy w Biedronce naklejki na ścinę. Była tam też miarka. Miki lubi zwracać na nią uwagę, bo jest kolorowa i wypukła, a na niej są małpki. Do tej pory służyła nam jednak bardziej jako element dekoracyjny, niż faktyczna miarka.
Ale dziś w czasie zabawy Miki prosto stanął przy miarce i mogliśmy się zmierzyć. Już nie na oko i na szybko, tylko dokładnie. Nóżki płasko na podłodze pod ścianą, plecki wyprostowane. I co nam pokazało?
91 cm!!!
Potem szybki rzut oka na siatkę centylową w książeczce zdrowia i... jesteśmy w górnej granicy wzrostu dla chłopca w 21 miesiącu.
A ponieważ nigdy nie rozumiałam istoty tych siatek, nie wiem, co to oznacza :) ani czy to dobrze :)
Ale fakt faktem, że rośnie nasz Synuś jak na drożdżach :) i na pewno mając trzy latka nie zmieści się w swoją bluzę, która jest przeznaczona n ten okres. Bo na metce jest rozmiar 98 cm - 3 year. A Miki biega w niej radośnie teraz :)
Jak byłam mała, razem z siostrą miałyśmy z siostrą taką zabawkę/grę "pchełki". Chodziło w niej o to, by trafić do pojemniczka małymi plastikowymi guziczkami, naciskając na nie większymi. Fajna zabawa, tym bardziej, że miałyśmy dwa poziomy trudności: dużo kubeczek i mniejszy spodeczek.
W każdym razie dziś Miki też odkrywał frajdę płynącą z pchełek. Ale w wydaniu... guzikowym.
Znalazł u Babci w pokoju guziki i zaczął się nimi bawić. Potem Babcia pokazała mu, jak guziczki "skaczą", gdy się je naciśnie. I zajęcie gotowe :)
Przynajmniej się zajął. Bo ja jeszcze nie doszłam do siebie, więc nie mam siły z nim szaleć i biegać. Także teraz poszedł z Babcią gotować obiad, a ja mogę odpocząć i nabrać sił. A potem znowu może poskaczemy guziczkami ;)
sobota, 9 lutego 2013
Co wolno, a co nie, czyli dajcie mi jeść :-)
Na ból byłam przygotowana. Może nie aż na taki (momentami), ale jednak byłam.
Wiedziałam też, że będę mieć dietę.
Ale ileż można. Ciągle budyń, kaszka manna, kisiel, serek... Nawet przy urozmaiceniu smaków jest to dość monotonne.
A dziś marzyła mi się zapiekanka, pączek, nawet pospolity chleb z szynką i serem żółtym... Mniam, aż ślinka cieknie...
A tu jeszcze tydzień...
Poza tym Mikoś dziś do nas wrócił. Niby to tylko tydzień, ale mam wrażenie, że jest większy. I jakoś tak więcej gada. Próbujemy teraz rozgryźć, co znaczy słowo "papum"... :)
Wiedziałam też, że będę mieć dietę.
Ale ileż można. Ciągle budyń, kaszka manna, kisiel, serek... Nawet przy urozmaiceniu smaków jest to dość monotonne.
A dziś marzyła mi się zapiekanka, pączek, nawet pospolity chleb z szynką i serem żółtym... Mniam, aż ślinka cieknie...
A tu jeszcze tydzień...
Poza tym Mikoś dziś do nas wrócił. Niby to tylko tydzień, ale mam wrażenie, że jest większy. I jakoś tak więcej gada. Próbujemy teraz rozgryźć, co znaczy słowo "papum"... :)
piątek, 8 lutego 2013
Spać czy nie spać, o to jest pytanie
Jakiś ten dzisiejszy dzisiejszy dzień dziwny.
Spać się chce od momentu wstania z łóżka, jakoś tak mnie trochę mdli i na dodatek tego głowa zaczyna boleć... I zero chęci na cokolwiek.
Na szczęście do końca zostało już mniej niż więcej...
Spać się chce od momentu wstania z łóżka, jakoś tak mnie trochę mdli i na dodatek tego głowa zaczyna boleć... I zero chęci na cokolwiek.
Na szczęście do końca zostało już mniej niż więcej...
czwartek, 7 lutego 2013
Relacja prosto z domu, czyli jak to było z tym szpitalem
Do domu wróciłam już wczoraj.
Gardło dalej boli, ale było to do przewidzenia. I tak jest nieco lepiej, niż się spodziewałam. Najgorzej jest rano, w ciągu dnia ból nieco maleje.
A ponieważ jeszcze w szpitalu przychodziły mi do głowy myśli, którymi chciałam się z Wami podzielić, a bałam się, że o nich zapomnę, spisałam je sobie w telefonie i teraz robię małą wrzutkę ;)
Dzień 1
Nie jest tak źle. Pomimo, że to niedziela, komplet badań miałam zrobiony w trzy godziny (łącznie z EKG i prześwietleniem płuc). poza tym cisza i spokój i mogę sobie do woli haftować :)
Szpital jest chyba podzielony na dwie części: tych, co boją się "kwik kwik" (znaczy grypy i świńskiej w rozumieniu mojego Męża) i tych, co się nie boją. Czemu? Sąsiadka leży na jakimś innym oddziale i nie ma wizyt, bo grypa. A u mnie spokojnie, bez nerwów, odwiedziny są. Dziwne, ale ja nie narzekam :)
Jedzenie znośne. Dziś był rosół (lepszy niż Teściowej, ale nie mówcie jej :P), ziemniaki, udko i buraczki. Rosół gorący, a drugie zimne. Kolacja nieco gorzej, bo dwie kromki chleba, bułka i kawałek masła. Na szczęście Mąż i Rodzice mnie zaopatrzyli. Na dodatek do jutra już zero jedzenia :\
Poza tym właśnie odwiedzi mnie... ksiądz. Wszedł na chwilę, porozmawiaj i poszedł dalej. Całkiem sympatyczny, nie starał się na siłę nawracać, a raczej wpada sprawdzić jak się mają owieczki :)
Jedno mnie tylko śmieszy. Jest ubikacja męska, dla niepełnosprawnych i łazienka. Myślałam, że ubikacji damskiej po prostu nie mogę znaleźć, więc zapytałam pielęgniarki. I co? I panie korzystają z ubikacji dla inwalidów. Ja nie wiem, ale czy to ma coś znaczyć? Czy kobiety z założenia są niepełnosprawne? Dziwne, bo ja czuję się całkiem ok ;)
Dzień 2
Teraz już nie jest źle, ale przyznaję, że było tragicznie. Gardło bolało niemiłosiernie.
Sam zabieg to był przyjemny sen. Gorzej, jeśli chodzi o wybudzanie. Każą ci spokojnie oddychać i łykać ślinę, ale rurka w gardle uniemożliwia obie te rzeczy. Gdy ją wyjęli, spokojnie mogłam oddychać, ale nie było mowy o połykaniu. Wszystko wypluwałam...
Dzień 3
I już nie leżę sama na sali. Dali mi do towarzystwa młodą dziewczynę (jeśli dobrze podejrzałam rocznikowo ma 20 lat), też na wycięcie migdałków. Już jej współczuje...
Ze mną już lepiej. Boli to jasne, ale nie jest tak źle, jak myślałam. Ale mówienie niestety też boli...
Ksiądz oczywiście znowu nas odwiedził. Był ciekawy, jak mi idzie haftowanie. A idzie dość dobrze i szybko, aż sama jestem w szoku.
Ciężko się tylko dowiedzieć, kiedy wyjdę do domu. Planowo jutro, ale tego dowiem się dopiero na rannej wizycie...
Dzień 4
Dziewczynę obok wzięli na operację, a ja nie mogłam doczekać się na wizytę. W końcu najlepiej zdrowieje się w domu. Wizyta przyszła i okazało się, że muszę czekać, aż zbada mnie lekarka prowadząca. A ona operowała...
W każdym razie doczekałam się. Ale nie chciałam usłyszeć, że dobrze byłoby, żebym jeszcze dzień została. Ale kiedy obiecałam, że będę leżeć, nie będę zajmować się dzieckiem, żądnego gotowania i w ogóle będę się bardzo oszczędzać i brać leki, zgodziła się mnie wypuścić. Także już dzisiaj do domu.
Niestety Mikoś do soboty zostaje u Dziadków. Raczej nie jest możliwe, żeby będąc w domu dał mi leżeć i spędzał czas z Babcią. Dlatego postanowiono, że zostaje na dłużej. I jakoś wątpię, żeby miał ku temu jakieś obiekcje ;)
Gardło dalej boli, ale było to do przewidzenia. I tak jest nieco lepiej, niż się spodziewałam. Najgorzej jest rano, w ciągu dnia ból nieco maleje.
A ponieważ jeszcze w szpitalu przychodziły mi do głowy myśli, którymi chciałam się z Wami podzielić, a bałam się, że o nich zapomnę, spisałam je sobie w telefonie i teraz robię małą wrzutkę ;)
Dzień 1
Nie jest tak źle. Pomimo, że to niedziela, komplet badań miałam zrobiony w trzy godziny (łącznie z EKG i prześwietleniem płuc). poza tym cisza i spokój i mogę sobie do woli haftować :)
Szpital jest chyba podzielony na dwie części: tych, co boją się "kwik kwik" (znaczy grypy i świńskiej w rozumieniu mojego Męża) i tych, co się nie boją. Czemu? Sąsiadka leży na jakimś innym oddziale i nie ma wizyt, bo grypa. A u mnie spokojnie, bez nerwów, odwiedziny są. Dziwne, ale ja nie narzekam :)
Jedzenie znośne. Dziś był rosół (lepszy niż Teściowej, ale nie mówcie jej :P), ziemniaki, udko i buraczki. Rosół gorący, a drugie zimne. Kolacja nieco gorzej, bo dwie kromki chleba, bułka i kawałek masła. Na szczęście Mąż i Rodzice mnie zaopatrzyli. Na dodatek do jutra już zero jedzenia :\
Poza tym właśnie odwiedzi mnie... ksiądz. Wszedł na chwilę, porozmawiaj i poszedł dalej. Całkiem sympatyczny, nie starał się na siłę nawracać, a raczej wpada sprawdzić jak się mają owieczki :)
Jedno mnie tylko śmieszy. Jest ubikacja męska, dla niepełnosprawnych i łazienka. Myślałam, że ubikacji damskiej po prostu nie mogę znaleźć, więc zapytałam pielęgniarki. I co? I panie korzystają z ubikacji dla inwalidów. Ja nie wiem, ale czy to ma coś znaczyć? Czy kobiety z założenia są niepełnosprawne? Dziwne, bo ja czuję się całkiem ok ;)
Dzień 2
Teraz już nie jest źle, ale przyznaję, że było tragicznie. Gardło bolało niemiłosiernie.
Sam zabieg to był przyjemny sen. Gorzej, jeśli chodzi o wybudzanie. Każą ci spokojnie oddychać i łykać ślinę, ale rurka w gardle uniemożliwia obie te rzeczy. Gdy ją wyjęli, spokojnie mogłam oddychać, ale nie było mowy o połykaniu. Wszystko wypluwałam...
Dzień 3
I już nie leżę sama na sali. Dali mi do towarzystwa młodą dziewczynę (jeśli dobrze podejrzałam rocznikowo ma 20 lat), też na wycięcie migdałków. Już jej współczuje...
Ze mną już lepiej. Boli to jasne, ale nie jest tak źle, jak myślałam. Ale mówienie niestety też boli...
Ksiądz oczywiście znowu nas odwiedził. Był ciekawy, jak mi idzie haftowanie. A idzie dość dobrze i szybko, aż sama jestem w szoku.
Ciężko się tylko dowiedzieć, kiedy wyjdę do domu. Planowo jutro, ale tego dowiem się dopiero na rannej wizycie...
Dzień 4
Dziewczynę obok wzięli na operację, a ja nie mogłam doczekać się na wizytę. W końcu najlepiej zdrowieje się w domu. Wizyta przyszła i okazało się, że muszę czekać, aż zbada mnie lekarka prowadząca. A ona operowała...
W każdym razie doczekałam się. Ale nie chciałam usłyszeć, że dobrze byłoby, żebym jeszcze dzień została. Ale kiedy obiecałam, że będę leżeć, nie będę zajmować się dzieckiem, żądnego gotowania i w ogóle będę się bardzo oszczędzać i brać leki, zgodziła się mnie wypuścić. Także już dzisiaj do domu.
Niestety Mikoś do soboty zostaje u Dziadków. Raczej nie jest możliwe, żeby będąc w domu dał mi leżeć i spędzał czas z Babcią. Dlatego postanowiono, że zostaje na dłużej. I jakoś wątpię, żeby miał ku temu jakieś obiekcje ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)